Do czyich poleceń powinien stosować się przewoźnik w czasie przewozu?

Dzisiaj opowiem Ci pewną historię. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami była sobie firma przewozowa. Jej właściciel miał 10 samochodów. Jeździł dla swoich klientów, czasami brał zlecenia z giełdy transportowe. Pewnego dnia przyjął zlecenie przewozu (dajmy na to buraków) z miasta A do miasta B (dajmy na to z Katowic do Gdańska). W Katowicach, w firmie gdzie ładował buraki dano mu list CMR, z którego wynikało, że z burakami ma jechać do Holandii. Kierowca buraki załadował, CMR podpisał i pojechał z burakami do…. Gdańska. W drodze wypisał krajowy list przewozowy, bo skoro przewóz jest krajowy, to niech będzie krajowy list przewozowy. Buraki wyładował w Gdańsku, dostał podpis na liście przewozowym i zadowolony ruszył dalej.

Wkrótce po tym rozpętało się istne piekło… Przesyłka nie dotarła do odbiorcy w Holandii… Połowa służb śledczych szukała buraków… Buraki rozpłynęły się jak wiatr w polu

Jakiś czas potem firma z Katowic, u której kierowca ładował buraki (producent buraków, który sprzedał je do Holandii) pozwała właściciela firmy przewozowej o odszkodowanie z tytułu zagubienia przesyłki…

Właściciel firmy przewozowej wpadł w szał. Stwierdził, że przecież wykonał umowę zgodnie ze zleceniem i basta. Producentowi z Katowic nic do jego pieniędzy, firma jest w porządku, on jest w porządku i niech mu wszyscy dadzą święty spokój. Nie musze dodawać chyba, że pismo w podobnym guście wysmarował do sądu.

Sprawa zakończyła się w pierwszej instancji przegraną firmy przewozowej.

Ciekawe, czy zgodzisz się z rozstrzygnięciem sądu? Czy oniemiałeś ze zdumienia, że takie rzeczy dzieją się w tym kraju?

Niewątpliwym jest, iż nasz pechowy przewoźnik był podwykonawcą. W tym konkretnym przypadku trzecim podmiotem (producent zlecił przewóz firmie A, firma A zleciła firmie B a firma B zleciła naszemu przyjacielowi).

W swoim rozstrzygnięciu sędzia uznał, że do zawarcia umowy przewozu doszło poprzez wręczenie listu przewozowego CMR przez producenta naszemu przewoźnikowi. Jednym machnięciem pióra sędzia wyeliminował firmę A i firmę B.

Oczywiście, nic bardziej mylnego!

Dla pechowego przewoźnika stroną umowy przewozu nie był producent, lecz wyłącznie firma B. Tak jak dla firmy B nadawcą była firma A, a dla firmy A producent. A my w naszej historyjce mamy trzy umowy przewozu łączące odpowiednio producenta z firmą A, firmę A z firmą B, firmę B z naszym nieroztropnym (zapewne domyślasz się dlaczego nazwałam go nieroztropnym) przewoźnikiem.

Pamiętajmy, że list przewozowy pełni wyłącznie funkcję dowodową! I jego treść stanowi dowód na okoliczność treści zawartej umowy wyłącznie w przypadku gdy nie masz innych dowodów.

W opisywanej sytuacji istniały niezbite dowody w postaci zleceń transportowych na to jak kształtowała się treść umów przewozu. Obowiązki naszego pechowca wynikały wyłącznie z otrzymanego i przyjętego przez niego zlecenia od firmy B. Dodam, iż jednym z postanowień zlecenia była klauzula ochrony klienta pod rygorem astronomicznej kary umownej (brzmi znajomo, nieprawdaż?)

Sedno niniejszej sprawy sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, kogo w trakcie przewozu słuchać miał przewoźnik: producenta czy swojego nadawcy…

Odpowiedź jest dla Ciebie zapewne oczywista. Stroną umowy przewozu dla naszego pechowca była firma B i tylko z jej przedstawicielami i pracownikami mógł nasz przyjaciel rozmawiać. W toku całego przewozu to firma B mogła kazać jechać naszemu przewoźnikowi z zamiast do Gdańska do Pcimia, Wrocławia czy gdzie bądź. Uprawnienie do rozporządzania przesyłką przez cały czas przewozu, czy to na gruncie Konwencji CMR czy na gruncie polskiego prawa przewozowego przysługuje nadawcy przesyłki i tylko ten, kto zleca Tobie przewóz może wydawać Ci dyspozycje.

Jednym słowem nasz przyjaciel swoje obowiązki wynikające z umowy przewozu wykonał prawidłowo.

Zapewne zapytasz dlaczego zapadł niekorzystny wyrok dla naszego przewoźnika, skoro sama piszę o tym, że wszystko zrobił jak należy

Istota sprawy w tym wypadku tkwi w braku działania przewoźnika w procesie sądowym.

Jaki morał płynie z tej historii?

Ano taki, że nawet spraw oczywistych nie można zostawiać samemu sobie… Pamiętajmy o tym, że racja racją a sprawiedliwość sprawiedliwością. W każdej, nawet dla nas (i wierz mi również sądu) sprawie naszym prawem i obowiązkiem jest prawidłowe udokumentowanie naszych racji, przedstawienie wszystkich posiadanych dowodów i obrona przed argumentacją drugiej strony. Pamiętamy, iż na gruncie przepisów kodeksu postępowania cywilnego (czyli przepisów regulujących postępowanie przed sądem) fakty przyznane przez stronę nie wymagają dowodu. Tak samo sąd traktuje milczenie strony. Sąd nie ma obowiązku ustalania czegoś z urzędu czy działania za Ciebie. Nie pozostawaj bezczynny.